wtorek, 26 stycznia 2016

Ropki w Beskidzie Niskim - wspomnienie ze studenckich czasów :)

Jako dziewczyna wolałam góry od morza, może dlatego, że dopiero jako 18-stolatka nauczyłam się pływać i to od młodszej siostry, ha ha ha. Góry więc były moim żywiołem i to nie te postrzępione i skaliste, a te obrośnięte drzewami, niższe, ale których szczyty zdobywanie z ciężkim plecakiem było trudnym wyzwaniem.
Tak więc wędrowałam na wczasach z rodzicami, zawsze pierwsza w grupowych wycieczkach, na obozach z wychowawczynią - geograficzką w liceum, z harcerzami . Z harcerzami było bardzo ciekawie. Otóż w naszym liceum były dwie drużyna harcerskie. Jedna ta dobra, czyli z dawnymi tradycjami, ale ona jeździła na żagle, a moja niechęć do wody mnie do niej zraziła, a druga, która śmigała w góry - to był obciach czyli HSPS ( harcerska służba Polsce socjalistycznej). Mieliśmy genialnego opiekuna - nauczyciela historii, który olewał oczywiście otoczkę polityczną. Zabieraliśmy mundury na obozy, ale ubieraliśmy je tylko na 22 lipca, capstrzyk, zdjęcie pro forma i dalej mundury do plecaków :)
Ciekawe, że z żeglarzami z mojego liceum spotkałam się właśnie w górach. Opiekunem drużyny  był znany seksuolog - Andrzej Jaczewski, który wybudował dom w górach  i zamieszkał w nim goszcząc tam oczywiście swoich żeglarzy.
Będąc na studiach zawędrowałam z przyjaciółmi do Ropek w Beskidzie Niskim. Wszyscy jak jeden mąż zakochaliśmy się w tym miejscu i w ludziach tam mieszkających. Byli to Łemkowie, którzy po wysiedleniu po wojnie natychmiast wrócili na swoje włości i już, zaprotestowali i zostali.
Miejsce przecudne, dziewicze, w którym bocian czarny ze strumienia o parę metrów od ciebie wodę pije, gdzie nie było elektryczności, kalendarz prawosławny, omłoty maszyną spalinową i wszędzie na piechotę :)
Cudowny czas. Chcieliśmy kupić tam chatę od pewnego Bronka i hodować gęsi, owce i konie huculskie. Nawet mój chłopak zrobił wcześniej uprawnienia żeby gospodarstwo  kupić...ale Bronek stchórzył, bał się miasta i się rozmyślił. Płakaliśmy wtedy wszyscy rzewnymi łzami, autentycznie !
Nie zapomnę wrażenia kiedy przechodziliśmy przez dolinę, w której była wieś przed wojną - ok 100 chałup. Nie wiedzieliśmy o tym idąc tam pierwszy raz, a tu nagle piękny krzak róży, a tam podmurówka..., a potem cmentarz z rozwaloną bramą, na którym pasły się krowy z PGR Hańczowa - straszne. I ta dzwoniąca w uszach cisza, ale jakaś taka ciężka, jakby były z nami setki niewidzialnych istnień...
Potem dowiedzieliśmy się, że była tam wieś, bo z Ropek zostało tylko kilka chałup min Bronka, dziadków Syczów, dziadków Mamroszów, robotnika leśnego i nowy dom doktora.
Wędrując po górach widzieliśmy jeszcze wiele świadectw istnienia bujnego życia na tym terenie, zrujnowane kaplice i cerkiewki prawosławne były tego dowodem, a w jednej z takich ruinek ...dwa kare konie, niesamowite !
Wspomnienia ożyły we mnie kiedy przeczytałam jedną z mikroopowieści Elżbiety Isakiewicz na fb pt "Twarze". Niesamowite, jak te miejsca wpływają na ludzi i jakie podobne uczucia w nich wywołują. Pani Elżbieta opisała moje , wszystko się zgadzało co do joty !
Bardzo kochałam Ropki. Nawet załatwiłyśmy sobie z koleżanką praktyki w PGR Hańczowa żeby być bliżej naszego ukochanego miejsca. Pojechałyśmy do zwierzchnika tego gospodarstwa, oczywiście autostopem, w łazience urzędu zakładałyśmy biżuterię i inne ozdoby, co by na dyrektorze wrażenie zdobyć. Ten wysłuchał historii życia zapalonych studentek z Warszawy, pokiwał głową , uśmiechnął się i załatwił nas odmownie, bo my z SGGW w Wawie, a nie z AR w Krakowie, ale był tak miły, że polecił odwieźć studentki na trasę autostopu back home swojemu kierowcy. Byłyśmy załamane, wysiadamy na trasie z auta, a kierowca wręcza nam list...otwieramy, czytamy, a tu zaproszenie na praktyki !!!!!!!!!! Odtańczyłyśmy taniec zwycięstwa, obcałowałyśmy kierowcę i wiara w drugiego człowieka powróciła...którą zburzył nasz dziekan (notabene mój przyszły promotor), bo się nie zgodził i powiedział, że jak się nam praktyki w górach śnią, to do do Krakowa studiować...znowu ryczałam :p
Przed lekturą mikroopowieści pani Eli już wcześniej powróciły wspomnienia o Ropkach.
Przez 4 najpiękniejsze lata w naszej stadninie gościł Minneapolis - ogier małopolski dzierżawiony z SO Białka. Niestety dyrekcja stada nie zgodziła się na dalszą dzierżawę i ogier pojechał do jakiejś artystki w górach. Koniecznie chciałam do niej dotrzeć, aby przekazać wskazówki na temat Minneapolisa, wytłumaczyć, że oddzielny boks to dla niego zabójstwo, że musi być z klaczami i chodzić razem z nimi po pastwisku.
Jakież było moje zdziwienie, gdy artystka okazała się ( nie żyjąca już niestety ) Ewa Tyka, która wraz z mężem kupiła PGR w Hańczowej i tam rozpoczęła hodowle koni i bydła. Opowiadała mi, że bydło dalej chodzi sobie gdzie chce, ale na cmentarz na szczęście już nie ma prawa wchodzić :)
Poniżej moje wspominkowe zdjęcia . Powiem jeszcze, że kiedyś w Wysokich Obcasach czytałam, że wnuczka Mamroszów zrobiła muzeum łemkowskie w chacie dziadka i zajmuje się agroturystyką. Jestem bardzo ciekawa, co teraz u niej słychać :)))))))))))))))))









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz