środa, 23 listopada 2016

Dziękuję wszystkim, którzy pomogli Ondine :)

Ondine zwana przez nas Ondanką, była źrebięciem wyjątkowo niecierpliwie wyczekiwanym, a to ze względu na swoje pochodzenie. Klaczka jest dzieckiem Ognistej - mojej nadziei hodowlanej, która świetnie sprawdziła się u nas jako matka dając trzy córki: Oszin po Karmel, Oleńkę pop Harpun i właśnie Ondine po Berlin Beju. Niezwykle byłam ciekawa co wyjdzie z mariażu pięknej Ognistej i utytułowanego Berlinka.

Wyszła okazała, kształtna klaczka o wybitnym charakterze, spokojna, chętna do kontaktu i współpracy z człowiekiem. Niewiele znam koni, które przytulałyby głowę do ramienia człowieka, ot tak dla przyjemności. Co tu dużo gadać, Ondine jest fajnym zwierzęciem, nie sposób jej nie lubić. Nie ma w niej niechęci, agresji czy złośliwości. Rozwijała się wspaniale zarówno fizycznie ( w wieku 2,5 roku jest najwyższym koniem w stajni przy zachowaniu wszystkich proporcji).

Toteż wielkim ciosem było dla nas kiedy ciężka kolka dopadła właśnie jej . Nie będę tu opisywać całej historii, bo już to zrobiłam kilka postów wcześniej. Powiem tylko, że na naszej drodze stanęło wielu wspaniałych ludzi, którzy nam pomogli finansowo, czy poprzez pracę, czy poprzez ofiarowanie wyrobów na aukcję na rzecz klaczy, czy po prostu rozmowę, dobre słowo i zwykłe towarzyszenie w tych trudnych chwilach.

Podziwiam i będę zawsze wdzięczna doktorowi Janowi Samslowi i całej załodze Szpitala Koni na Służewcu za przeprowadzenie tak skomplikowanej operacji z sukcesem i za opiekę oraz leczenie klaczy.

CHCIAŁABYM JESZCZE RAZ WSZYSTKIM SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ. DZIĘKUJĘ, ŻE OFIAROWALIŚCIE SWOJE ZAINTERESOWANIE, CZAS, ŻE WYKAZALIŚCIE SIĘ PRZYJAŹNIĄ I WRAŻLIWOŚCIĄ NA CIERPIENIE ZWIERZĘCIA I MARTWIĄCYCH SIĘ O NIE LUDZI :)
 DZIĘKUJĘ DZIĘKUJĘ DZIĘKUJĘ DZIĘKUJĘ !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
ONDINE OBECNIE MA SIĘ BARDZO DOBRZE <3 br="">


  Kocham Ondine <3 br="">
 Ondanka bezstresowa była od źrebięcia :)
 Selfie z Ondanką :)
 Ondine wygląda ze swojego boksu :)
 Ondine podczas pokazu na aukcji :)
 Ondine w szpitalu
 Ondine parę dni po urodzeniu z Olą :)
Jeszcze raz selfie z Ondanką :)


piątek, 18 listopada 2016

Kocham mój ogród ! - krzyknęła Czarownica Ewka

Czarownica Ewka oparła się na widłach i przyglądała się z zadowoleniem swojemu dziełu. 100 taczek gnoju ponownie zasiliło jej ogród, a właśnie przed chwilą ukończyła roztrząsanie ostatniej kupki wywiezionego przez nią ze stajni nawozu końskiego. Bardzo dobra to pożywka dla uśpionego obecnie królestwa warzyw i owoców, które w sercu Ewki zajmuje stałe i bardzo ważne miejsce.

Tego lata nareszcie udało ogrodzić się ogród. Jako słupki posłużyły zakupione w państwowym lesie dębowe odpady , na które naciągnięta została siatka leśna o dużych oczkach, ale uniemożliwiających chabecinkom wtykanie pyska w nie swój interes...niestety jesienią nastąpił nieprzyjemny zgrzyt w postaci wtargnięcia do ogrodu konia, który ma swoje zdanie i uważa się za najważniejszą personę w gospodarstwie, co poniekąd jest winą Czarownicy Ewki, gdyż imię (o którym nie wspomnę) mu nadała, które to prawdopodobnie na charakterek młodziana wielki wpływ miało. Młodzian wybiegając z ogrodu rozpruł siatkę w połowie ogrodu rozpruwając sobie jednocześnie wścibskiego nochala.

"I dobrze ci tak !!!" zakrzyknęła wtedy Czarownica Ewka, ale poczłapała do apteczki i przyniosła specyfik, którym nochal złośliwca wysmarowała. Złośliwcowi rana zagoiła się jak na psie, ale ogrodzenie jest w fazie oczekiwania na reperację, gdyż fachowiec od niego jest osobą wyjątkowo rozchwytywaną i zajętą :p

Jako, że ogród dość duży obszar zajmuje, byłoby to ponad siły Czarownicy Ewki łopatą go przekopywać (w takich przypadkach Kodeks Czarownic zabrania używania różdżki czarodziejskiej niestety !). Tak więc Ewka następnego fachowca od orania zatrudnia, który swym traktorem przyjeżdża i dzieła przekopania ogrodu pługami na wiosnę dokonuje.

Nie jest to niestety prosta sprawa, bo ziemia podmokła w gospodarstwie jest wszędzie, również i w ogrodzie, więc niejednokrotnie ciężki sprzęt grzęźnie zostawiając po sobie wielkie koleiny, które potem czarownica mozolnie grabiami wyrównuje tudzież nimi cały obszar ręcznie rozgrabia, a niedoorane ciężkim sprzętem ranty ogrodu widłami przekopuje.

Najwygodniej i najdokładniej byłoby konikiem ogród obrabiać, ale rumaki Czarownicy Ewki do takich czynności nigdy przyuczane nie były, a i sprzętów takowych do uprawy ziemi w posiadaniu Ewki nie ma. Któregoś roku czarownica próbowała namówić gospodarza z sąsiedniej wsi do wykonania orki i bronowania ogrodu. Sąsiad ten jako jedyny w okolicy konika roboczego posiada i nim wszystkie czynności na polu wykonuje wzbudzając podziw i zachwyt Czarownicy Ewki, bo pole po takiej uprawie jest piękne i proste jak stół, a i zboże cudniej na nim wyrasta. Niestety sąsiad obraził się na taka propozycję, gdyż umyślił sobie, że Ewka naśmiewa się z niego i prośbą tą uprawę ziemi w XXI wieku konikiem , wytyka :( Na nic były tłumaczenia żonie gospodarza, uparł się, powiedział nie i już!

"Trudno, ciągnikujemy zatem i grabimy ręcznie" rzekła na to Ewka i tak też czyni.

Ewka zimowymi wieczorami planuje na kawałku papieru siewy, co by odpowiednia roślinka obok odpowiedniej rosła i aby roślinki nie rosły rokrocznie na tym samym stanowisku. Miłe to zajęcie, pobudzające wyobraźnię wiedźmy, która galopuje już ku wiośnie i początkom bujnego rozkwitu jej warzywno-kwiatowo-owocowego raju :)

Nieraz Ewka nie wytrzymuje i już w kwietniu ogród zasiewa, ale stanowisko zimnym i mokrym będące do zgnicia tylko nasiona doprowadza i często siew właściwy dopiero w końcu maja następuje kiedy to gleba ciepłą i lżejszą się staje.

Potem już tylko codzienne wypady z rana, przed karmieniem koników, do ogrodu i wypatrywanie pierwszych kiełkujących fasolek, dyń, ogórków i innych pyszności.

Kiedy wegetacja rusza to i trawa zaczyna kipieć, a wtedy Ewka swą podkaszareczkę w dłonie chwyta i porzeczki z uścisku ziela wyzwala zebraną trawę konikom rzucając, Szalejący chwast ogarnia maliny i truskawki, który cierpliwie, żmudnie i skrzętnie usuwać trzeba co by szlachetnych roślin na śmierć nie zamęczył.

A potem kwitnienie porzeczek, malin i truskawek, mnóstwo brzęczących owadów uwijających się wśród kwiecia oko czarownicy cieszy i ku błogiemu uczuciu przybliża, kiedy to pierwszy zarumieniony owoc zrywa i jego smakiem się rozkoszuje (oczywiście za ucho się chwytając, jako,że tak uczynić należy pierwszy raz w roku nowego smaku kosztując :p).

Codziennie pielenie, pielenie i jeszcze raz pielenie, po zimnej Zośce i ogrodnikach pomidorków posadzenie, a potem pielenie, pielenie, podlewanie i pielenie :p

Panny na obozach letnich przebywające wiedzą o czym mówię, bo często w pracach ogrodowych pomagają niejednokrotnie wodą z węża się polewając głośno przy tym piszcząc i się śmiejąc :))))

Ogród zasila kuchnię Ewki w warzywa przez całe lato, a przebojem są ziemniaczki młode z koperkiem, fasolka szparagowa polana bułeczką na masełku od Małej Mu i jajka sadzone, które wiedźma z sąsiadką na ser podpuszczkowy własnej produkcji wymienia, jako że kur miłością wielką nie darzy i takowych nie posiada, a to przez pewnego złośliwego koguta, który jednego roku każdy czerwieniący się choć lekko pomidor dziobał i zbiory zepsuł. Kury mają też swój zwyczaj wszędzie włazić i grzebać, tak że często gęsto grządki świeżo zasiane niszczyły.

"Dosyć tego !" powiedziała któregoś dnia Ewka i wraz z odejściem na tamten świat ostatniego koguta więcej się w kury nie zaopatrywała.

Teraz już wszystkie korzeniowe warzywa zebrała, do przedsionka przytargała, gdzie planuje styropianowy schron dla swoich warzyw uczynić i ich smakiem do następnej wiosny się cieszyć :)
W IMIENIU CZAROWNICY EWKI ZAPRASZAM NA ZUPKI NA OGRODOWYCH WARZYWACH PRZYRZĄDZONE I INNE PYSZNOŚCI NA ICH BAZIE WYCZAROWANIE :)











czwartek, 17 listopada 2016

Dzień z życia Czarownicy Ewki :)



Czwarta nad ranem, skrobanie do okna i przeraźliwy miałk ! To jedna z kocic Czarownicy Ewki po nocnych wojażach do domu wraca. Jako że parę dni wcześniej Ewka dubeltowe okna z komórki przytargała, watę dla ozdoby śnieg udającą między okna na parapecie ułożyła i całość nowymi firankami zamknęła, nie mogła niejakiej Parówki przez okno wpuścić. Przemogła się więc, spod ciepłej pierzyny wyskoczyła, przez zimne powietrze ostygniętych już izb się przebiła, odzienie na grzbiet wrzuciła, drzwi wyjściowe otworzyła i niecnego włóczykija do kuchni wpuściła. Niestety zanim na powrót na posłanie wróciła zgłodniałej kocicy miskę napełnić musiała, bo ta krzyk taki podniosła, że niechybnie resztę domowników na nogi by zerwała.
Sen jednakowoż łatwo nie przychodził i gdzieś koło piątej dopiero przyszedł, a budzik nieubłaganie o 6 zaćwierkał. Czarownica rada nie rada szybciutko się odziała, herbatę i kanapki dla młodej czarownicy przygotowała i na przystanek autobusowy ją powiozła, co by ta z obowiązku szkolnego wywiązać się mogła.
Po powrocie warzywną miksturę dla smarkającego konia przygotowała, aby ten swym glutem innych nie pozarażał i dalejże w podwórzowe błoto z taczką, widłami, sianem i owsem szaleć. Kiedy koniska zaopiekowane już były, Małą Mu napoiła i w nieodłącznej atmosferze pląsawicy owej ( mimo w pasie związania) krowinę wydoiła.
Następnie do komórki pogoniła, węgiel i drzewo w koszu przytargała, w piecu rozpaliła, w kuchni porządek ogarnęła i na ratunek przed mrozem resztce jabłek i winogron do sadu popędziła. Przy okazji kilka kupek gnoju roztrzęsła i z prawie pełnym wiaderkiem owoców do domu wróciła.
Do pieca podłożyła i za smażenie jabłek oraz za wstępne przygotowanie nalewki z ukochanej żyworódki się zabrała.
Kiedy już z pracami kuchennymi gotowa była, a rosołek na piecu pyrkolił się wolniutko, południe wybiło i Czarownicę Ewkę na powrót na dwór wygoniło. Ewka siana na taczkę naładowała, na padok wywiozła i na kupki rozłożyła. Potem dla pewności wszystkie bramy pozamykała, co by koniska na wycieczkę czasem wybrać się nie postanowiły, kantary chabecinkom pozakładała, jak zwykle drogę na padok linkami ograniczyła i po kolei koniki na dwór wypuściła.
Klacz po operacji z jej towarzyszką niedoli na podwórze wyprowadziła i do uprzątania boksów przystąpiła. Kiedy z tą pracą gotowa już była, w siatki siana napchała i młode klacze na powrót do stajni wprowadziła.
Do domu wpadła, do pieca podrzuciła, ziemniaki ugotowała, farsz na pierogi przygotowała, makaron do rosołu ugotowała, rosół wyłączyła  i do ścielenia w boksach powróciła. Pościeliła, taczkę ze słomą ze stodoły do stajni cierpliwie wielokrotnie po błocie pchając i po garstce siana do boksów wrzuciła co by chabety po powrocie od razu całej słomy nie pożarły. W międzyczasie wrzeszczącą i o uwagę proszącą Małą Mu napoiła, kupę jej z boksu wywiozła, pościeliła i garstkę siana dla zatkania twarzy dała.
Dalej koniki sprowadziła, pieskom strawę przygotowała i do misek włożyła, do pieca podłożyła, kotom suchej karmy sypnęła, po drzewo do komórki znowu popędziła i po młodą czarownicę na przystanek na miotle poleciała.
Po powrocie z córką rosołek spałaszowały i do lepienia pierogów się zabrały w międzyczasie do pieca podrzucając.
Z wybiciem 18 Ewka do stajni pobiegła, konie nakarmiła, zagluconemu koniowi warzywną miksturę zaaplikowała, Małą Mu wydoiła, siana wszystkim i owsa dała i do chałupy wróciła. Pierogi ugotowała, a że ostatnio oczy jej szwankują i czytać tudzież w monitor i telewizor wrapiać się nie może, szafki w kuchni pomyła, podłogi zamiotła, pranie nastawiła, do pieca podrzuciła, prysznic wzięła i o 22 bez życia na łoże padła, a o 4 nad ranem … itd. Itp. :p ha ha ha
SERDECZNIE POZDRAWIAM WSZYSTKICH CZYTELNIKÓW MOJEGO BLOGA :)
 Pozdrawiam tegorocznie
 i zeszłorocznie :))))))))))))))))))))))))

wtorek, 1 listopada 2016

Wspomnienie o Alince



-Nazywam się Alinka, jesteśmy sąsiadkami – wybiega z dróżki prowadzącej do sąsiedniego gospodarstwa uśmiechnięta , rumiana starsza pani. Ściska mnie i trzykrotnie całuje w policzki. Jestem trochę oszołomiona. Razem z córkami Adą i Anielką idziemy na spacer z Górkwikiem – naszym psem, gończym polskim do lasu, który jest tuż za naszym siedliskiem, które wraz z 10 ha zamieniliśmy za wygodne mieszkanie w Warszawie. Skąd nagle wzięła się ta kobieta ? Oczka świecą jej wesoło, czarne loczki wychodzą spod chustki, na uszach kiwają się złote koła kolczyków, a ona opowiada i opowiada…
Tak poznałam Sąsiadkę – Alinkę 17 lat temu, w dniu kiedy sprowadziliśmy się do Żarnówki czyli 30 czerwca 1999 roku.
Sąsiadka była nieprawdopodobnie gościnną osobą. Kiedy do niej przychodziłam , to na stół wyjeżdżało zawsze wszystko co miała do ofiarowania. A miała zawsze „wszystkiego” po trochu, bo jak mawiała:
Ewunia ! U dobrej gospodyni zawsze jest coś w skrzyni !
Lubiłam rozmawiać z Sąsiadką Alinką. Roztaczała przede mną w opowieściach zaginiony świat dawnej wsi. A opowiadała bardzo malowniczo, z wykrzyknikami, gestykulacją, uśmiechami , załamywaniem rąk, ściszaniem głosu do szeptu i wesołymi wybuchami śmiechu.
Usłyszałam historie całego jej życia, strachu przed Niemcami w czasie wojny, opowieści o ukrywających się Żydach, pomocy tatusiowi w gospodarstwie ( bo „do długości” jak mawiała Alinka była jedynaczką). Lubiła pracę w polu, chodziła za bronami, prowadzała konie, jeździła konno. Koni nie bała się wcale J
Opowiadała jak dawniej w długie jesienne i zimowe wieczory kobiety zbierały się w izbie przy lampach naftowych i przędły lub darły pierze, a tatuś Alinki, który miał książki czytał i czytał. Alinka pochłaniała jego słowa.
-Oj, kochana Ewuniu, ja uwielbiam historię, gdybym żyła na świecie raz jeszcze to poszłabym w tym kierunku.
Kiedy zmarł mąż Alinki – Mieczysław, to było jej bardzo ciężko. 60 lat razem w zgodzie i wspólnej pracy w szczęściu i nieszczęściu to rzadkość niesamowita! Przychodziłam wtedy do niej częściej i przynosiłam jej różne książki o dworach, historii naszej okolicy, o książętach, szlachcie i królach. Sąsiadka po prostu je połykała. Mimo swych już blisko 80-ciu lat czytała bez okularów. Co więcej , nawlekała igłę bez okularów, okularów nawet nie miała !
Kiedy Ola była malutka, zostawiałam ją nieraz w foteliku albo w wózku ( jak to Alinka żartobliwie mówiła „rajtarudze”) i jeździłam do szkoły uczyć dzieci niemieckiego. Babcia Alinka zajmowała się Olą bardzo chętnie, a jak urodził się Tomeczek, to za punkt honoru wzięła sobie wychować go na prawdziwego, szarmanckiego kawalera. Zawsze kiedy do nas przychodziła, miała w kieszonce cukierki dla dzieci. Wręczała jeden Tomeczkowi i mówiła:
- Podziękuj ładnie babci synku – a mały wtedy bach i cmokał ją w rękę J Babcia była zachwycona !
Kiedy sąsiad Miecio był już po pierwszym udarze miałam duże problemy zdrowotne. Któregoś dnia dostałam tak silnych boleści, że ledwo dowlokłam się do nich i padłam w izbie wijąc się z bólu. Sąsiadka natychmiast podjęła akcję ratunkową, zawezwała mojego męża, który pomagał sąsiadom w Leśnogórze, a dziadzio Miecio ułożył mnie na swoim łóżku.
Serdeczni to byli sąsiedzi. Alinka nauczyła mnie piec chleb na zakwasie, robić najlepszy smalec na świecie, kluski na parze, a także odpowiednio sadzić ziemniaki w ogródku i zbierać warzywa w prawidłowym terminie.
- Ewunia ! – mawiała - kapustę koniecznie trzeba zebrać przed 1 listopada, bo trupem będzie śmierdziała – no taki ludowy przesąd oczywiście, ale jak doradziła tak czyniłam.
Nieraz kiedy wpadłam dosłownie na chwileczkę, to nie było mowy żeby choć na moment nie usiąść, a kiedy byłam najedzona, to nalegała żebym coś zjadła chociaż „z grzeczności” jak mawiała, a gdy się upierałam i odmawiałam, to mówiła:
- Nie chcieli Żydy manny ! To nie jedz, ale Ewunia nie obrażasz się, ty wiesz, że to tylko żarty J
Sąsiadce u mnie zawsze wszystko smakowało i była pełna pochwał. Najbardziej uwielbiała pierogi, ale spaghetti do ust nie chciała wziąć.
- Nie gniewaj się Ewuniu – mawiała – no mogę zjeść, ale jak mi ten makaron pokroisz, ja nie lubię takich wynalazków !
Alinka opowiadała, że od dziecka uczona była przez rodziców grzeczności. Zawsze pozdrawiała wszystkich, dziękowała, uśmiechała się i zagadała do każdego. A nazywała wszystkich zdrobnieniami ja byłam Ewunia, mój mąż Tomaszek, Ola – Oleńka, Ada – Adusia, Anielka – księżna Anna. No Anielę to babcia Alinka ukochała najbardziej. To dziewczyna do tańca i do różańca, mawiała.
Nie było u niej ojca, był tatuś, nie było matki była mamusia, był dzidziuś i babcia. Taka ciepła była ta moja sąsiadka Alinka.
Alinka była fanką naszych aukcji koni. Zawsze pomagała mi w przygotowaniach i kibicowała co by impreza wyszła jak najlepiej. Doradzała mi także w sprawach związanych z moją Krową, a potem Małą Mu i mlekiem.
Sama zatytułowała się „babką chrzestną” Małej Mu, bo to właśnie Alinka zorientowała się najpierwsza dlaczego moja Krowa tak dziwnie się zachowuje.
- Ewunia! Wołaj doktora, ona rodzi !!!!! – krzyknęła gdy zobaczyła moja leżącą Krowę w boksie. Jak to rodzi, przecież to dopiero początek ósmego miesiąca ! No i z pomocą doktora przyszła na świat Mała MU z przedwczesnego porodu, ale jej siostra bliźniaczka niestety nie przeżyła. Po dwóch dniach gdy padła Krowa, Alinka pomagała mi poić cielę z butelki.
Sąsiadka miała w zwyczaju rozmawiać ze zwierzętami. Przemawiała za każdym razem do naszej suki – Żółtej:
- Oj niedobra ty dla mnie jesteś, to ja pomogłam twoją matkę tu do gospodarstwa przywieźć, a ty taka, z zębami, warczysz , oj nieładnie ty postępujesz, nieładnie !
Krowa, miała w zwyczaju używanie swoich rogów w stosunku do człowieka, a ponieważ krowę również naraiła sąsiadka, to mówiła do niej:
- Taka koleżanka jesteś, ja cie naraiłam, a ty do mnie z rogami ! Oj niegrzeczna ty jesteś !
Ale najbardziej chyba na świecie to sąsiadka Alinka lubiła tańczyć. Opowiadała mi o zabawach, o dawnych zwyczajach, o tym, że kawaler to musiał po pannę przyjść, rodzicom obiecać , że pod jego opieka będzie i ją po tańcach odprowadzi. O tym jak z Mieciem tańczyli, o  tym jak dbał o nią i mówił:
- Alinka ty moja żona jesteś, ty musisz pięknie wyglądać. Jedź do fryzjera i zrób porządek z tymi włosami.
Mąż jako elegant zawsze doradzał w czym Alince najładniej, a sam w młodości w oficerkach chodził… a tu następny temat do głowy mi wpada, bo sąsiadka uwielbiała mundur.
Kiedy przyjeżdżali do nas znajomi i do zdjęć na koniach przebierali się w mundury lub stroje szlacheckie to sąsiadka była po prostu zauroczona :)
 Jedno z ostatnich zdjęć Alinki przed moim ogrodem :)
 Sąsiadka Alinka w komisji oceniającej konkurs końskich fryzur :)
 Alinka nie bała się koni, kochała je :)
 Robimy parowce z Alinką :)
 Moja mistrzyni Alinka uczy mnie robić parowce :)
 Sąsiadka Alinka z Małą Mu w tle :) Odpoczywamy sobie razem pod moja lipą :)))
 Alinka z naszą małą Olą <3 br="">

Alinka i jej ułańska fantazja w tańcu z Tomkiem...kiedyś w pierwszych latach naszego w Żarnówce pobytu

Oj dużo mogłabym jeszcze o Alince pisać, a i pewnie na blogu nie raz jeszcze wspomnę, a piszę o niej dzisiaj, bo to dzień najlepszy na wspominki.
Odwiedziliśmy z Ola i Tomkiem dzisiaj grób Miecia i Alinki, zapaliliśmy znicze aby gorący płomień ognia od nas dla nich świecił :)

czwartek, 22 września 2016

Mamy już 10 przedmiotów i usług aukcyjnych na pomoc dla Ondine










Zapraszamy na wydarzenie, zamiast datku możecie zakupić interesujący was przedmiot lub usługę :)
https://www.facebook.com/events/1399358766744467/


środa, 21 września 2016

Aukcje na wydarzeniu wspomagającycm Ondine !!!!

Jestem bardzo wzruszona, że aukcja zbierania pieniędzy dla Ondine ma tak szeroki i różnorodny zasięg. Ostatnio na wydarzeniu pojawiły się licytacje różnych usług i przedmiotów. Łezki mi się pokazały, bo do wylicytowania kubki, pluszowy konik własnego wyrobu, lekcje gry na gitarze. Dałam też moje książki i spotkanie autorskie, może ktoś wylicytuje <3 br=""> Zapraszam na wydarzenie, można tam obejrzeć wszystkie aukcje :)



<3 p="">

wtorek, 20 września 2016

Ondine przeszła ciężką operację, potrzebna pomoc

13 września zawieźliśmy naszą 2,5 letnią Ondine do szpitala dla koni na Służewcu w Warszawie. Był to chyba najgorętszy dzień września, jak nie lata. Ze wszystkich lał się pot, nie mówiąc już nic o Ondine, która mimo trzykrotnej interwencji naszego wioskowego lekarza, który zjawiał się natychmiast po moim telefonie, rzucała się na ziemię, tarzała i wił z bólu. Doktor nawet nie musiał mówić, już wiedziałam - skręt jelit.
Jedyny ratunek - wieźć klacz do szpitala na Służewiec.

Pech spowodował, że mój telefon ze wszystkim kontaktami jest w reperacji więc pognałam do kompa i w ślimaczym tempie naszego internetu zaczęłam zdobywać kontakty do znajomych posiadających przyczepkę. Rafał - 250 km , w drodze, Jola przyczepkę ma, ale nie rejestrowaną. W końcu dzwoni Konrad: Ewa jest dyspozycyjna, ma przyczepę, może wieźć.

Ewa za 20 minut jest na miejscu. Doktor podaje jeszcze leki, koń dźwiga się na nogi i w 6 osób ( mój mąż, doktor, sąsiad Ola, Ewa i ja) wpychamy go do przyczepki. Ważna jest każda minuta, a w Warszawie mogą być korki. W połowie drogi kłacz kładzie się, wybiegam z auta i usiłuję przeciąć powód, aby klacz się nie udusiła. W nerwach nie zdjęłam osłony, ściągam ją z noża szybkim ruchem i jest, odcięte, przekręcam głowę klaczy w bezpieczną pozycję, jedziemy dalej. Wjazd do Warszawy na szczęście nie zakorkowany.

W szpitalu pani doktor nie jest w stanie zbadać klaczy. Pytają mnie o decyzję: operacja czy eutanazja ? Co za pytanie, ludzie operujcie, szubko! Podpisuję zgodę, przed oczami skaczą mi cyferki, szok, ale co tam, zbiorę pieniądze, życie Ondine jest najważniejsze !!!!!

Przyjeżdża doktor operujący. Jest spokojny, opanowany. Na drodze przed kliniką leży samotny kasztan, podnoszę go, obracam i ściskam w dłoni przez 2,5 godziny operacji. Wychodzi doktor, siada obok mnie, jest bardzo zmęczony. Rzeczowym głosem mówi co i jak, wierzy w powodzenie operacji, ale jest ostrożny. Ondine zostaje przetransportowana do boksu pooperacyjnego. Leży w pasach, pracownicy czuwają, bo gdy się wybudzi i będzie chciała się pomoc, to tymi pasami zamocowanymi na bloczkach nieruchomych będą pomagać jej wstać.

Wpada Aniela z chłopakiem. Odwożą mnie do domu, zostałabym przy Ondine, ale kto rano wydoi Małą Mu ? Nie ma chętnych. Kiedy wyjeżdżamy z Warszawy dostaję sms od lekarki dyżurnej: klacz wstała !!! Jestem tak szczęśliwa, że aż płaczę.

Następne dni to podawanie papek do jedzenia Ondine raz ją przełknęła, a le lekarz mówił, że to szlachcianka i potem tylko sianko chciała, co prawda na razie w małych ilościach, ale jadła. Każdy następny dzień, to nadzieja, a teraz to już prawie pewne, klacz ma się coraz lepiej i wyjdzie z tego <3 p="">Teraz sprawa zdobycia pieniędzy jest najważniejsza. Tułałam się po fundacjach, aż wreszcie Agata z Pegasusa powiedziała: jasne, zrobimy zbiórkę no i zbieramy od wczoraj. Proszę o pomoc w imieniu swoim i Ondine:




Fundacja PEGASUS zaoferowała się zrobić zbiórkę pieniędzy na operację i leczenie pooperacyjne naszej klaczy Ondine. Potencjalnych darczyńców prosimy o wpłaty z dopiskiem "Dla klaczy Ondine".
POTRZEBUJEMY 5500 ZŁ NA OPERACJĘ I MIĘDZY 2500 A 3500 ZŁ NA LECZENIE POOPERACYJNE.
Poniżej nr. konta i dane fundacji. Będę wdzięczna za nawet symboliczne wpłaty
63 1140 2017 0000 4702 1015 8469 mbank
Paypal pegasus@pegasus.org.pl
Fundacja pegasus ul rosola 36/2 02-796 warszawa krs 0000119251